Nauka za granicą
Kosztują dziesięć razy więcej niż zajęcia o identycznym programie w Warszawie, a jednak zainteresowanie nimi, szczególnie rodziców dbających o rozwój językowy ich dzieci, jest spore. Czy to się jednak opłaca? Czy warto uczyć się za granicą?
Wyjechać można niemal wszędzie. Angielskiego uczą szkoły nie tylko w Wielkiej Brytanii, Irlandii czy w USA, ale również w Australii, Tunezji i na Malcie. Te ostatnie oferty najłatwiej można znaleźć w warszawskich biurach podróży, które kuszą możliwością łączenia odpoczynku na plaży z nauką obcych słówek. Za granicą można uczyć się także niemieckiego, francuskiego, włoskiego, hiszpańskiego - te języki są najpopularniejsze.
Szkoły oferują kursy składające się z modułów. Standardowy wyjazd do Wielkiej Brytanii trwa dwa tygodnie, typowy kurs w Wiedniu - miesiąc, a na Maltę można pojechać choćby tylko na tydzień.
Również intensywność zajęć na wyjazdowych kursach jest różna - z reguły jednak minimum to trzy godziny dziennie. Program maksimum zakłada po osiem godzin dziennie pięć razy w tygodniu przez cztery albo sześć tygodni. Do tego dochodzą oczywiście "zajęcia praktyczne" w sklepie, na ulicy czy w dyskotece i fakultatywne wycieczki, które większość szkół ma w swojej ofercie.
Właśnie ze względu na bombardowanie językiem, także po godzinach kursu, metodycy pozytywnie wypowiadają się o kursach wyjazdowych do krajów, w których mówi się językiem, który uczeń chce opanować.
My z doświadczenia wiemy, że nasi słuchacze spędzający wakacje na kursach za granicą po powrocie "skaczą" o parę poziomów w górę. Wyjazd językowy ma tę zaletę, że zajęcia w Polsce nie dają zbyt wielu okazji do korzystania z wiedzy. Po zajęciach w szkole w Polsce nie można nawet na ulicy nikogo zapytać o autobus czy godzinę w obcym języku. Dlatego ogromną zaletą kursu wyjazdowego jest to, że pozwala na codzienną praktykę w używaniu języka, który jest wszędzie: w sklepie, kiosku, w kinie, na ulicy, w telewizji, w restauracji itd. - przekonuje dyrektor Abel Murcia z Instytutu Cervantesa.
Myślę, że trzeba tu też patrzeć w innych kategoriach na cenę takiego kursu. Gdybyśmy policzyli, ile wydamy, wyjeżdżając po prostu na wakacje do takiego kraju, to okaże się, że cena kursu połączonego z mieszkaniem, wyżywieniem itd. nie jest wygórowana - dodaje Abel Murcia.
Intensywność to nie jedyna zaleta wyjazdowych kursów. Zdaniem specjalistów taki wyjazd pełni też olbrzymią funkcję motywacyjną.
Szczególnie widać to u młodzieży. Często jest tak, że młodzi ludzie uczą się języka, bo tego wymagają od nich rodzice. Dopiero kiedy wyjadą za granicę, poznają swoich rówieśników z całego świata, zaczynają się różne sympatie i flirty. I kiedy np. chłopak chce pójść z dziewczyną na lody, a nie bardzo wie, w jaki sposób się z nią umówić, to motywacja wzrasta niesamowicie - mówi Małgorzata Barr ze szkoły Bell.
Za granicę osobno
Jednak efektywność kursu zależy od tego, czy pojedziemy sami, czy też z grupą polskich znajomych. Ten drugi wariant jest niekorzystny, bo większość czasu spędzimy na rozmowach w rodzimym języku. Dlatego wybierając szkołę, trzeba ustalić, czy tamtejsi metodycy układają skład grupy tak, by nie było w niej dwóch osób tej samej narodowości. Jeżeli w pakiecie wykupujemy również mieszkanie u współpracującej ze szkołą rodziny, warto też ustalić, czy pod tym samym dachem będą mieszkać inni Polacy.
To właśnie zły wpływ rozmów po polsku prowadzonych na edukacyjnym wyjeździe sprawia, że niewielu jest zwolenników kursów wyjazdowych organizowanych na terenie naszego kraju. Takie obozy językowe, niekiedy połączone również z zajęciami sportowymi, na ogół organizowane są w okolicach wypoczynkowych - na Mazurach czy w Zakopanem. Można je znaleźć w ofercie wielu biur turystycznych.
Ja wprawdzie uważam, że każdy kurs jest celowy i zawsze może nam przynieść jakieś korzyści, ale w Polsce jest ten mankament, że zajęcia trwają określony czas i tylko wtedy mówimy po angielsku, a potem cały czas jesteśmy otoczeni Polakami - mówi Małgorzata Barr.
Niektórzy twierdzą, że zajęcia wyjazdowe w kraju mogą mieć sens, jeśli są to obozy dla młodzieży. Jednak w przypadku osób dorosłych może się zdarzyć, że ci częściej będą chcieli np. zwiedzać okolicę, niż siedzieć nad książką.
Trendy
Ostatnio oprócz Anglii, Francji i Niemiec coraz bardziej popularne stają się wyjazdy językowe do Australii i Nowej Zelandii.
Myślę, że wyjazdy do Australii czy na Maltę są bardziej dla koneserów. Na ogół decydują się na nie osoby, które były już w Anglii, trochę im się już ona znudziła, chcą zobaczyć, jak nauka wygląda gdzie indziej - mówi Małgorzata Barr.
Tak naprawdę na Maltę jeździło się właściwie od zawsze, tyle że w Polsce zrobiła się ostatnio modna. Jednak nie jest to na pewno taka sama atmosfera, jaka towarzyszy wyjazdowi do Anglii, nie zetkniemy się tam z kulturą brytyjską. W Anglii można pójść do pubu, zobaczyć prawdziwy
angielski dom - przekonuje Andrzej Derlikowski z Poligloty.
Mimo najnowszych trendów i tak, wyjeżdżając, najczęściej wybieramy Wyspy Brytyjskie. Z jednej strony dlatego, że
angielski nadal jest powszechnie wybieranym językiem, z drugiej - bo spośród szkół uczących angielskiego Brytyjczycy mają najbardziej przystępną cenowo ofertę. Decyduje o tym przede wszystkim koszt przejazdu.
Poza tym do Kanady czy Nowej Zelandii nie opłaca się jechać na dwa tygodnie - mówi Andrzej Derlikowski.
Taniej na kontynencie
Planując zagraniczny kurs językowy, można skorzystać z pośrednictwa któregoś z biur podróży lub współpracujących z zagranicznymi polskich szkół języków obcych. Z wybraną szkołą w danym kraju można również skontaktować się bezpośrednio. Adresy szkół, często z rekomendacjami, znajdziemy w ośrodkach promujących kulturę danego kraju.
Ceny ofert proponowanych przez polskie szkoły językowe znacznie się różnią w zależności od miejsca pobytu. Najtaniej jest w Europie, gdzie za dwa tygodnie nauki w Hiszpanii zapłacimy ok. 2,7-3 tys. zł. Niemal dwukrotnie droższe są kursy w Anglii - kosztują od 4,5-5 tys. zł.
Egzotyczne wczasy wraz z kursem językowym w Tunezji można kupić już za 3 tys. zł.
Specjaliści radzą dokładnie czytać oferty wyjazdów. - Czasem cena wydaje się niska, a dopiero na końcu broszury, małymi literami napisane są dodatkowe opłaty. I okazuje się, że właściwie za wszystko trzeba będzie dodatkowo płacić - przestrzega Małgorzata Barr.
treść pochodzi z serwisy.gazeta.pl